Horse Assisted Education • warsztaty rozwojowe • coaching z końmi • praca z doświadczeniem
„`Dzień, w którym koń mówi więcej niż słowa. Jak naprawdę wyglądają warsztaty, których trudno zapomnieć?
Są warsztaty, po których zostaje notatka, kilka ciekawych zdań i poczucie dobrze spędzonego czasu. Są też takie, które wracają po kilku dniach w zwykłej rozmowie, w decyzji, w napięciu w ciele, w sposobie reagowania na ludzi. Warsztaty z końmi należą właśnie do tej drugiej kategorii.
„`
W Horse Assisted Education najpierw pojawia się doświadczenie, a dopiero potem teoria. Człowiek może wiedzieć wiele o komunikacji, relacjach, przywództwie czy granicach. Koń nie reaguje jednak na wiedzę. Reaguje na obecność, spójność, napięcie, oddech i jakość kontaktu.
Jest w tym coś z poranka, który zaczyna się wcześniej niż zwykle, choć nikt nie nastawiał budzika na szczególną godzinę. Ludzie przyjeżdżają jeszcze zanim dzień zdąży nabrać tempa. Z kubkiem kawy w dłoni, z lekkim zamyśleniem po drodze, czasem z ciekawością, czasem z dystansem, który chroni przed kolejnym rozczarowaniem.
Wielu z nich ma już za sobą szkolenia, konferencje i spotkania, które obiecywały zmianę, a zostawiały po sobie głównie uporządkowaną notatkę, kilka trafnych zdań i poczucie, że „to było ciekawe”, ale życie po powrocie do domu potoczyło się właściwie tak samo.
Znają strukturę dnia, w którym ktoś ma ich czegoś nauczyć. Wiedzą, kiedy zwykle przychodzi czas na teorię, kiedy na ćwiczenie, kiedy na podsumowanie. Ten porządek daje poczucie bezpieczeństwa, bo można się w nim szybko odnaleźć. Można przyjąć rolę uczestnika, zapisać kilka ważnych myśli, wejść w dyskusję albo zostać trochę z boku.
Wszystko jest przewidywalne, a przewidywalność bywa wygodna, nawet jeśli nie zawsze prowadzi do prawdziwej zmiany.
A potem trafiają w miejsce, które nie daje im tego, do czego są przyzwyczajeni.
Na początku nie ma stołów. Nie ma slajdów. Nie ma prezentacji, którą można śledzić z bezpiecznego dystansu. Jest przestrzeń, w której najpierw spotykają konie. Jest cisza, która nie jest pustką, tylko czymś, co zaczyna działać na człowieka szybciej, niż zdąży to nazwać.
Jest zapach stajni, oddech zwierzęcia, ruch uszu, ciężar obecności dużego, wrażliwego ciała, które nie pyta, kim jesteś na co dzień, jakie masz stanowisko i jak dobrze potrafisz mówić o sobie.
I to spotkanie zmienia wszystko.
Najpierw doświadczenie, potem teoria
Pierwsza część warsztatów dzieje się na zewnątrz, przy koniach. To tam zaczyna się prawdziwa praca, choć wielu uczestników jeszcze tego nie wie. Wchodzą w tę przestrzeń z głową pełną doświadczeń, narzędzi, przekonań o sobie i o tym, jak funkcjonują w relacjach.
Przywożą ze sobą język, który pozwala opisywać rzeczywistość logicznie i porządnie. Potrafią mówić o komunikacji, odpowiedzialności, granicach, zaufaniu, przywództwie, współpracy. Często wiedzą naprawdę dużo.
Przywożą jednak także coś, czego zazwyczaj nie są w pełni świadomi: własny sposób bycia. Napięcie, które pojawia się zanim cokolwiek powiedzą. Potrzebę kontroli ukrytą pod spokojem. Wycofanie nazwane ostrożnością. Pośpiech przebrany za skuteczność. Uśmiech, którym od lat rozbrajają trudne momenty.
To wszystko nie zawsze mieści się w ładnych definicjach, ale koń widzi to bardzo szybko.
Koń nie reaguje na wiedzę. Reaguje na człowieka.
To zdanie brzmi prosto, ale zaczyna mieć znaczenie dopiero wtedy, kiedy ktoś doświadcza jego konsekwencji. Podchodzi do konia z przekonaniem, że zrobi to dobrze, bo przecież potrafi budować relacje, umie być spokojny, ma doświadczenie w pracy z ludźmi albo od lat funkcjonuje w roli osoby, która „ogarnia”.
I nagle koń odwraca głowę, zatrzymuje się albo robi krok w bok, jakby w tej sytuacji brakowało czegoś, co dla niego jest niezbędne.
Nie ma w tym sprzeciwu ani oceny. Jest informacja.
Człowiek próbuje jeszcze raz. Czasem z większą uwagą, czasem z większą kontrolą, czasem z jeszcze silniejszą chęcią osiągnięcia efektu. Koń odpowiada podobnie. Nie dlatego, że jest trudny, uparty albo „nie chce współpracować”. Dlatego, że jest spójny. Odpowiada na to, co dostaje, a nie na to, co człowiek chciałby pokazać.
Kiedy ciało mówi szybciej niż głowa
W tym miejscu zaczyna się proces, którego nie da się przyspieszyć. Uczestnik zaczyna zauważać napięcie w swoim ciele. Nagle widzi, że jego spokój bywa tylko warstwą, pod którą dzieje się coś zupełnie innego. Zaczyna rozumieć, że to, co nazywa kontrolą, może być próbą poradzenia sobie z niepewnością. Dostrzega, że uważność deklarowana słowami nie zawsze oznacza prawdziwą obecność.
To nie jest wygodne odkrycie, ale właśnie dlatego jest wartościowe. Nie powstaje z teorii, którą można przyjąć albo odrzucić. Nie jest zdaniem zapisanym na slajdzie. Dzieje się w konkretnym momencie: tutaj, przy koniu, w zadaniu, którego nie da się rozwiązać samą inteligencją.
W kolejnych sytuacjach pojawiają się proste ćwiczenia, które odsłaniają coraz więcej. Ktoś przejmuje inicjatywę szybciej, niż zdąży to zauważyć. Ktoś inny wycofuje się, zanim w ogóle pojawi się decyzja. Jedna osoba próbuje być „w porządku”, chociaż w środku czuje opór.
Ktoś chce zrobić wszystko idealnie i przez tę potrzebę staje się mniej czytelny dla konia. Inny uczestnik śmieje się w momencie napięcia, bo tak od lat rozbraja własny dyskomfort.
Koń tego nie interpretuje. Nie układa z tego psychologicznej diagnozy. Nie ocenia człowieka ani jego historii. Po prostu reaguje. I właśnie ta reakcja staje się dla uczestnika pierwszym sygnałem, że coś, co do tej pory było niewidoczne, nagle stało się bardzo konkretne.
Z czasem przychodzi moment, w którym coś się zmienia. Nie w zadaniu i nie w strukturze ćwiczenia, tylko w człowieku. Ktoś przestaje się spieszyć. Ktoś inny rezygnuje z próby „zrobienia tego dobrze”. Ktoś zaczyna oddychać głębiej, staje spokojniej, przestaje udowadniać.
Wtedy koń robi krok. Czasem bardzo delikatny, prawie niezauważalny, czasem wyraźny i mocny, ale zawsze znaczący.
Nie dlatego, że uczestnik opanował technikę. Dlatego, że coś w nim się uporządkowało.
Powrót na salę, która nie jest już tą samą salą
Dopiero później grupa wraca do sali. Tam czekają stoły, krzesła, znany układ, znajoma forma. To przestrzeń, w której większość uczestników spędziła setki godzin swojego życia. Tutaj łatwiej wiedzieć, jak się zachować. Można usiąść, napić się kawy, wyjąć notes, wrócić do świata słów i porządkowania doświadczeń.
Tylko że coś jest już inne.
To nie jest kolejna część szkolenia w klasycznym sensie. To moment, w którym przeżycie zaczyna być rozumiane. Uczestnicy siadają przy stołach, ale nie są już w tym samym miejscu, w którym byli rano.
Wcześniej wydarzyło się coś, czego nie dało się zapisać w punktach, uchwycić w notatkach ani przełożyć na prosty schemat. Był ruch, zatrzymanie, reakcja konia, napięcie w ciele, zaskoczenie, czasem wzruszenie albo śmiech, który pojawił się dlatego, że coś stało się zbyt prawdziwe, żeby od razu o tym mówić poważnie.
Rozmowy zaczynają się spokojnie, czasem nieśmiało. Ktoś próbuje opowiedzieć, co zobaczył. Ktoś inny mówi, że nie potrafi tego nazwać. Jeszcze ktoś żartuje, jakby chciał rozbroić własne poruszenie. I właśnie wtedy zaczyna się jedna z najciekawszych części całych warsztatów.
Bo to nie jest analiza przypadku.
To nie jest omawianie teorii dla samej teorii.
To jest przekładanie doświadczenia na życie.
Kiedy koń staje się lustrem codziennych schematów
Ktoś opowiada, że koń od niego odszedł, i nagle zaczyna widzieć, że w pracy ludzie też się od niego odsuwają — tylko subtelniej, ciszej, bez tak wyraźnego ruchu ciała. Ktoś inny mówi, że przy prostym zadaniu nie potrafił podjąć decyzji, a po chwili odkrywa, że dokładnie to samo dzieje się w jego zespole: wszyscy czekają, nikt nie chce narzucać kierunku, energia rozprasza się, zanim cokolwiek się zacznie.
Jeszcze ktoś zauważa, że próbował wszystko kontrolować, nawet wtedy, gdy nie było takiej potrzeby, i dopiero przy koniu zobaczył, jak bardzo ta kontrola wpływa na relacje.
Sala przestaje być zwykłą salą szkoleniową. Staje się miejscem, w którym doświadczenie zaczyna się układać. Nie w sztywne wnioski, nie w gotowe recepty, ale w osobiste rozpoznania.
Uczestnicy zaczynają łączyć to, co wydarzyło się przy koniu, z tym, co znają z codzienności: z rozmów w pracy, relacji w zespole, napięć w rodzinie, sposobu podejmowania decyzji, reagowania na presję, unikania konfliktów albo brania na siebie zbyt dużej odpowiedzialności.
Gdyby zaczęli od teorii przy stole, wiele rzeczy zostałoby na poziomie głowy. Zrozumienie mogłoby być poprawne, logiczne, nawet inspirujące, ale często pozostałoby powierzchowne.
Tutaj zaczęli od konia. Od sytuacji, w której nie dało się wszystkiego ukryć za słowami. Od momentu, w którym reakcja zwierzęcia pokazała coś bez interpretacji, zanim człowiek zdążył zbudować wygodne wyjaśnienie.
Dzięki temu rozmowa ma zupełnie inną jakość.
Nie jest o tym, jak powinno być.
Jest o tym, jak jest.
Rola facylitatora: dotknąć właściwego miejsca
Z mojej perspektywy to jeden z najważniejszych momentów warsztatów, bo właśnie wtedy zaczynają łączyć się dwa światy: świat doświadczenia i świat rozumienia. To, co zostało przeżyte przy koniu, może zostać nazwane, ale bez spłaszczania. Może zostać uporządkowane, ale nie zamienione w prostą formułkę. Może stać się początkiem zmiany, jeśli człowiek pozwoli sobie zobaczyć w tym coś więcej niż jednorazową sytuację z warsztatów.
Moja rola zmienia się wtedy najbardziej. Przy koniu przede wszystkim obserwuję. Widzę napięcie, niespójność, momenty zawahania, pośpiech, wycofanie, nadmiar kontroli albo brak decyzji. Na sali pomagam to nazwać, ale nie narzucam znaczenia.
Nie chodzi o to, żeby powiedzieć uczestnikowi: „Ty jesteś taki” albo „zawsze robisz to w ten sposób”. Dużo ważniejsze jest dotknięcie jednego miejsca, jednego zdania, jednego momentu, który otwiera dalsze rozumienie.
Czasem wystarczy zapytać: „Co się stało tuż przed tym, jak koń odszedł?”. Albo: „Kiedy poczułaś, że zaczynasz kontrolować?”. Innym razem najważniejsze jest pytanie: „Czy to przypomina ci jakąś sytuację z pracy albo z życia?”.
I nagle coś zaczyna się układać. Jakby ktoś dotknął jednego klawisza, a po chwili cała melodia stała się słyszalna.
Nie trzeba robić dużo. Trzeba trafić dokładnie.
Dlaczego takich warsztatów trudno zapomnieć?
Te warsztaty są inne właśnie dlatego, że nie zaczynają się od stołu. Nie zaczynają się od wiedzy, którą można bezpiecznie przyjąć albo odłożyć na później. Zaczynają się od spotkania z koniem, który nie reaguje na deklaracje, stanowiska, role i dobrze opanowane opowieści o sobie. Reaguje na obecność, spójność, napięcie, kierunek, oddech i jakość kontaktu.
Dopiero później pojawia się sala, rozmowa, zapisanie wniosków, uporządkowanie tego, co się wydarzyło. I właśnie dzięki temu teoria ma się czego uchwycić. Nie wisi w powietrzu. Nie jest kolejnym ładnym modelem do zapamiętania. Zostaje podpięta pod doświadczenie, które człowiek przeżył całym sobą.
Dlatego uczestnik, który wstaje od stołu po takiej pracy, często nie jest już w tym samym miejscu, w którym był, kiedy rano przyjechał. Może nie ma jeszcze gotowych odpowiedzi. Może nie wie dokładnie, co zmieni. Może potrzebuje czasu, żeby poukładać to, co zobaczył.
Ale coś już zostało dotknięte.
Czasem to własna potrzeba kontroli. Czasem lęk przed decyzją. Innym razem sposób, w jaki człowiek znika z relacji, zanim ktokolwiek zdąży go o to poprosić. Bywa też, że ktoś po raz pierwszy widzi swoją siłę — spokojną, nieagresywną, wystarczającą. Taką, za którą koń chce pójść.
I może właśnie dlatego takich warsztatów trudno zapomnieć.
Bo koń nie wygłasza wykładu. Nie daje porad. Nie mówi człowiekowi, kim ma być.
Pokazuje mu tylko przez chwilę, jaki naprawdę jest, kiedy przestaje opowiadać o sobie, a zaczyna być obecny. A to często wystarcza, żeby coś zaczęło się zmieniać.
O autorce
Ksenia Samsel — trenerka jeździectwa, sędzia Polskiego Związku Jeździeckiego, sędzia Working Equitation, fizjoterapeutka koni, coach oraz facylitatorka szkoleń Horse Assisted Education. Współtworzy Klub Jeździecki Huzar, gdzie od lat pracuje z końmi, jeźdźcami, dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, łącząc praktykę trenerską z wiedzą o biomechanice, dobrostanie koni, psychologii sportu i komunikacji człowiek–koń.
W swojej pracy patrzy na jeździectwo szeroko: przez pryzmat przepisów, techniki, ciała konia, emocji jeźdźca, procesu uczenia i odpowiedzialności człowieka. Prowadzi szkolenia, przygotowuje zawodników do startów i odznak PZJ, organizuje obozy, zgrupowania oraz wydarzenia edukacyjne. Pracuje również z ludźmi w obszarze coachingu, hipnozy i hipnoterapii, wspierając zmianę, koncentrację, pracę z emocjami i budowanie większej sprawczości.
Pisze o koniach bez lukru i bez uproszczeń — z perspektywy osoby, która zna czworobok, rozprężalnię, stajnię, zawody, szkolenia, pracę z ciałem konia i pracę z człowiekiem od środka.

