Dobrostan koni i relacja człowiek–koń

Tam, gdzie koń widzi dwoje ludzi. O tym, co w relacji odsłania się dopiero wtedy, gdy znika rola

Coaching • Horse Assisted Education • relacje • praca z końmi

„`

Tam, gdzie koń widzi dwoje ludzi. Co w relacji odsłania się dopiero wtedy, gdy milkną role

W relacji wiele rzeczy można opowiedzieć, wytłumaczyć, przykryć żartem albo odłożyć na później. Przy koniu „później” często przestaje istnieć. Zostaje ciało, oddech, decyzja, napięcie, kierunek i to, co naprawdę dzieje się między ludźmi w jednej konkretnej chwili.

„`
„`
Dwa konie stojące blisko siebie w spokojnej przestrzeni

Koń nie reaguje na opowieść o relacji. Reaguje na relację w tej jednej chwili: na ciało, oddech, napięcie, zawahanie, kierunek ruchu, spójność albo jej brak. I właśnie dlatego praca z końmi tak mocno odsłania to, czego często nie umiemy zobaczyć w zwykłej rozmowie.

Przychodzą razem. Czasem w ciszy, czasem w rozmowie, która ma przykryć napięcie, a czasem z tą szczególną lekkością, która pojawia się między ludźmi przekonanymi, że właściwie wszystko jest między nimi w porządku.

Na pierwszy rzut oka trudno cokolwiek ocenić. Dwoje ludzi, jak tysiące innych, niosących wspólną historię, pamięć rozmów, decyzji, drobnych zranień i jeszcze drobniejszych gestów czułości, które na co dzień budują coś, co nazywamy relacją. W ich świecie wiele rzeczy ma już swoją nazwę. Wiedzą, kim dla siebie są. Wiedzą, jak ze sobą funkcjonują. Znają swoje żarty, swoje milczenia, swoje sposoby unikania trudnych tematów. Wiedzą też, co działa, a co od lat pozostaje w półcieniu — niewyraźne, niedopowiedziane, odkładane na później.

Kiedy wchodzą do przestrzeni, w której jest koń, to „później” przestaje istnieć.

Koń nie zna ich historii. Nie ma do niej dostępu i nie potrzebuje go mieć. Nie rozumie ich wyjaśnień, nie śledzi logiki dawnych kłótni, nie interesuje go, kto ma rację, kto częściej ustępuje, kto bardziej się stara, a kto od lat mówi: „przecież nic się nie dzieje”.

W jego świecie istnieje tylko to, co wydarza się teraz.

Dwoje ludzi stojących obok siebie. Ich ciała. Ich oddechy. Rytm ruchu. Napięcie w ramionach. Zawahanie przed decyzją. Zbyt szybkie przejęcie inicjatywy. Uśmiech, który ma uspokoić sytuację, choć ciało mówi coś zupełnie innego.

Koń nie reaguje na opowieść o relacji. Reaguje na relację w tej jednej chwili.

Proste zadanie, które przestaje być proste

Na początku wszystko wygląda niewinnie. Para dostaje zadanie, które wydaje się proste, czasem wręcz banalne. Podejść do konia. Zaprosić go do ruchu. Poprowadzić wspólnie przez wyznaczoną przestrzeń. Zatrzymać się w konkretnym miejscu. Ustalić kierunek. Zrobić coś razem, bez pośpiechu, bez siły, bez konieczności udowadniania czegokolwiek.

Na poziomie słów to naprawdę nie brzmi trudno.

Koń podczas ćwiczenia z człowiekiem w przestrzeni szkoleniowej

Pojawiają się pierwsze ustalenia. Ktoś mówi: „Spróbujmy tak”. Ktoś przytakuje. Ktoś się uśmiecha. Jedna osoba poprawia linę, druga spogląda na konia, przez chwilę wszystko wydaje się być na miejscu.

A potem koń przestaje iść.

Nie reaguje, zatrzymuje się, odwraca głowę, czasem robi krok w bok, jakby w tej jednej chwili pojawiło się coś, czego nie chce przyjąć. Nie ma w tym złośliwości. Nie ma obrazy. Nie ma ludzkiego „nie, bo nie”. Jest raczej bardzo precyzyjna informacja, która dla wielu osób okazuje się trudniejsza niż najdłuższa rozmowa.

To, co do mnie wysyłacie, nie jest wspólne.

Nie jest spójne.

Nie jest dla mnie czytelne.

W świecie ludzi taką sytuację można byłoby szybko zagadać. Ktoś by wyjaśnił, że przecież chciał dobrze. Ktoś inny przejąłby inicjatywę. Ktoś by się dostosował, żeby nie robić problemu. Relacja zostałaby utrzymana w znanym kształcie, nawet jeśli pod spodem coś byłoby nieprawdziwe.

Koń nie robi tego kroku za ludzi. Nie wchodzi w rolę mediatora. Nie ratuje sytuacji. Nie udaje, że wszystko jest jasne, jeśli jasne nie jest.

Odpowiada dokładnie na to, co dostaje.

I właśnie w tym miejscu zaczyna się coś, co dla wielu par bywa pierwszym prawdziwym spotkaniem z własną relacją. Nie tą opowiadaną. Tą przeżywaną.

Koń nie diagnozuje związku. Pokazuje spójność albo jej brak

To bardzo ważne: koń nie stawia diagnozy. Nie mówi, czy związek jest dobry, zły, udany albo nieudany. Nie rozstrzyga, kto ma rację. Nie czyta ludzkich intencji w magiczny sposób.

Koń reaguje na sygnały, które są dla niego czytelne: kierunek, napięcie, oddech, tempo, obecność, brak decyzji, niespójność ciała i działania. Dla konia ogromne znaczenie ma to, czy człowiek jest w swojej decyzji prawdziwy. Czy jego ciało mówi to samo, co zamiar. Czy energia ma kierunek. Czy dwie osoby pracujące razem wysyłają wspólny komunikat, czy każdy z nich idzie w inną stronę, nawet jeśli na poziomie słów brzmią zgodnie.

Właśnie dlatego Horse Assisted Education i horse coaching są tak mocnym doświadczeniem w pracy z ludźmi. Nie dlatego, że koń „wie wszystko”. Dlatego, że koń nie daje się łatwo oszukać ludzkiej narracji.

Można powiedzieć: „Jesteśmy spokojni”. Koń zobaczy napięcie.

Można powiedzieć: „Decyzja jest wspólna”. Koń poczuje, że jedna osoba już poszła, a druga została w miejscu.

Można powiedzieć: „Nie ma problemu”. Koń odpowie na problem obecny w ciele, zanim zostanie nazwany słowami.

W dobrze poprowadzonym procesie nie chodzi o to, żeby natychmiast znaleźć winnego. Koń nie zatrzymuje się po to, żeby pokazać, kto „zepsuł” zadanie. Jego reakcja jest raczej zaproszeniem do zatrzymania się razem z nim i zadania sobie kilku prostych, ale bardzo niewygodnych pytań.

Co właśnie wysłaliśmy jako para?

Czy mieliśmy wspólny kierunek?

Czy jedno z nas ruszyło, zanim drugie zdążyło się naprawdę pojawić?

Czy decyzja została wypowiedziana, ale nie została podjęta ciałem?

Czy ktoś zgodził się tylko po to, żeby nie zatrzymać sytuacji?

To nie są pytania o konia. To są pytania, które koń pomaga zobaczyć.

Kiedy jedno prowadzi, a drugie tylko podąża

Z zewnątrz pewne rzeczy widać czasem bardzo wyraźnie. Jedna osoba przejmuje inicjatywę szybciej, niż druga jest gotowa za nią pójść. Decyzja zapada, zanim pojawi się wspólna zgoda. Na poziomie słów wszystko może być poprawne, nawet uprzejme. „Chodźmy tędy”. „Dobrze”. „Spróbujmy teraz”. „Okej”.

Ale ciało mówi coś innego.

W spojrzeniu pojawia się napięcie. Ruch drugiej osoby jest odrobinę spóźniony. Oddech robi się płytszy. Nogi idą, ale człowiek nie do końca jest obecny. Podąża nie dlatego, że naprawdę wybrał ten kierunek, tylko dlatego, że nie chce zatrzymać sytuacji.

W codziennym życiu taki mechanizm potrafi działać latami. Jedno decyduje, drugie się dostosowuje. Jedno przyspiesza, drugie nadąża. Jedno bierze odpowiedzialność za kierunek, drugie rezygnuje z własnego głosu. Wszystko może wyglądać sprawnie, dopóki nikt nie zapyta, czy to jest naprawdę wspólne.

Koń pyta bez słów.

I bardzo często zatrzymuje się dokładnie w tym miejscu, w którym komunikacja przestaje być wspólna.

Nie dlatego, że ocenia. Dlatego, że z perspektywy konia sygnał staje się nieczytelny. Jedna osoba wysyła ruch do przodu, druga jest jeszcze w zawahaniu. Jedno ciało mówi „idziemy”, drugie mówi „nie wiem”. Koń dostaje dwa różne komunikaty i wybiera najbardziej uczciwą odpowiedź: zatrzymanie.

Wtedy często zaczyna się najważniejsza część pracy.

Nie w ruchu. W zatrzymaniu.

Bo zatrzymanie daje ludziom chwilę, w której nie mogą już udawać, że wszystko było spójne. Mogą zobaczyć, jak często wspólność była tylko zewnętrzna. Jak wiele razy jedna osoba ruszała za szybko. Jak często druga zgadzała się tylko po to, żeby nie wprowadzać napięcia.

To nie musi być oskarżenie. Może być początek prawdziwej rozmowy.

Praca z koniem w przestrzeni — ruch, zatrzymanie i komunikacja

Kiedy nikt nie podejmuje decyzji

Bywają też sytuacje odwrotne. Para, która z zewnątrz wydaje się bardzo spokojna, delikatna, niemal harmonijna, wchodzi do przestrzeni z koniem i przez dłuższą chwilę nie dzieje się nic.

Nie ma konfliktu. Nie ma napięcia widocznego na pierwszy rzut oka. Nikt nikogo nie pogania. Nikt nie przejmuje brutalnie inicjatywy. Nikt nie naciska.

Jest zawieszenie.

Dwoje ludzi stoi obok siebie i czeka. Każde z nich jakby na sygnał od drugiego. Decyzja nie zapada, ruch się nie zaczyna, energia nie ma kierunku. Padają półzdania: „To może ty?”, „Nie, jak chcesz”, „Możemy spróbować”, „No tak, ale nie wiem”.

Koń stoi razem z nimi.

Nie dlatego, że nie chce współpracować. Dlatego, że nie ma za czym pójść.

To jeden z najbardziej poruszających momentów w pracy z parami, bo pokazuje, że brak konfliktu nie zawsze oznacza obecność. Czasem za spokojem ukrywa się lęk przed decyzją. Czasem delikatność jest formą unikania wpływu. Czasem para tak bardzo nie chce narzucać sobie niczego nawzajem, że traci wspólny kierunek.

Koń potrzebuje czytelności. Nie dominacji, nie siły, nie presji. Czytelności.

Dopiero kiedy jedno z nich podejmuje decyzję naprawdę — nie tylko słowem, ale obecnością — coś zaczyna się zmieniać. Drugie albo za tym podąża, albo zostaje w miejscu. I w tym jednym momencie widać więcej niż w wielu rozmowach prowadzonych przez lata.

Kto w tej relacji boi się prowadzić?

Kto czeka na pozwolenie?

Kto oddaje wpływ, zanim jeszcze ktokolwiek go o to poprosi?

Kto chciałby ruszyć, ale nie chce być „tym, który narzuca”?

To są drobne rzeczy. A jednak to właśnie z nich zbudowana jest codzienność.

Kiedy relacja działa, koń też to pokazuje

W tej pracy najbardziej poruszające nie zawsze jest odkrycie trudnych miejsc. Czasem największe wrażenie robi zobaczenie tego, co dobre — ale do tej pory traktowane jak coś oczywistego.

Zdarza się, że para wchodzi do przestrzeni z koniem i od pierwszych chwil widać między nimi coś bardzo rzadkiego. Nie chodzi o brak konfliktu. Nie chodzi o idealne dopasowanie. Nie chodzi o to, że wszystko robią tak samo.

Chodzi o spójność, która nie potrzebuje wielu słów.

Jedna osoba zaczyna ruch, druga go czuje i podąża. Nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że jest w tym razem. Tempo staje się wspólne. Decyzja ma kierunek, ale nie ma w niej przymusu. Ktoś prowadzi, ale nie zawłaszcza przestrzeni. Ktoś podąża, ale nie znika. Między nimi jest miejsce i dla wpływu, i dla odpowiedzi.

Koń reaguje natychmiast.

Ruch robi się płynny, niemal niezauważalny, jakby nie wymagał wysiłku. Nie ma szarpania, poprawiania, nadmiaru sygnałów. Nie trzeba konia przekonywać do każdego kroku. On idzie, bo komunikat jest dla niego czytelny.

Dla wielu osób to jest moment zdziwienia.

Bo okazuje się, że relacja może być prosta, kiedy jest prawdziwa. Nie idealna. Nie bezproblemowa. Po prostu spójna.

Rolą facylitatora nie jest interpretowanie ludzi na siłę

W Horse Assisted Education bardzo łatwo byłoby zrobić coś niebezpiecznego: zacząć nadawać każdej reakcji konia wielkie znaczenie i szybko wyciągać wnioski o ludziach. Dlatego tak ważna jest rola facylitatora.

Facylitator nie jest od tego, żeby powiedzieć parze, kim są i co mają o sobie myśleć. Nie chodzi o gotową interpretację, szybkie nazwanie problemu ani emocjonalne „rozbrojenie” ludzi. Dobra praca polega na stworzeniu przestrzeni, w której uczestnicy mogą sami zobaczyć swój sposób działania.

Bez obrony. Bez natychmiastowego tłumaczenia się. Bez konieczności wygrywania racji.

Zajęcia Horse Assisted Education z końmi i uczestnikami

Koń daje informację. Facylitator pomaga ją zatrzymać, uporządkować i przełożyć na język doświadczenia. Zadaje pytania, które nie zamykają, tylko otwierają. Nie mówi: „Wy zawsze robicie tak”. Raczej pyta: „Co się wydarzyło w tym momencie?”, „Kto podjął decyzję?”, „Kiedy koń przestał iść?”, „Co każde z was czuło w ciele?”, „Czy to przypomina wam coś z codzienności?”.

To subtelna różnica.

W pierwszym wariancie ludzie czują się oceniani. W drugim zaczynają widzieć.

A kiedy człowiek naprawdę coś zobaczy, często nie trzeba go do niczego przekonywać.

Horse Assisted Education nie naprawia relacji. Pokazuje ją w ruchu

Warto powiedzieć to bardzo jasno: praca z końmi nie jest magicznym sposobem na naprawienie związku. Nie zastępuje terapii par, zwłaszcza wtedy, gdy w relacji jest przemoc, głęboki kryzys, uzależnienia, poważne zaburzenia komunikacji albo sytuacje wymagające specjalistycznej pomocy psychoterapeutycznej.

Horse Assisted Education i horse coaching działają inaczej. To praca rozwojowa, edukacyjna, doświadczeniowa. Jej siła polega na tym, że przenosi relację z poziomu opowieści na poziom działania.

W rozmowie można wiele rzeczy wyjaśnić. Można dobrać słowa, zbudować narrację, ominąć trudne miejsca, użyć argumentów, które od dawna są znane. W pracy z koniem pojawia się zadanie, ciało, przestrzeń, decyzja i reakcja żywego zwierzęcia.

Nie da się wszystkiego przykryć słowami.

Nagle widać, kto przejmuje odpowiedzialność. Kto się wycofuje. Kto próbuje rozładować napięcie żartem. Kto działa szybciej, niż czuje. Kto czeka tak długo, aż kierunek znika. Kto mówi „tak”, ale ciałem wysyła „nie”. Kto bardzo chce dobrze, ale robi się przez to nieczytelny.

To nie są wielkie rewolucje. Często są to drobne przesunięcia świadomości. Ale właśnie one potrafią zmienić kierunek.

Praca rozwojowa z końmi w przestrzeni Horse Assisted Education

Koń nie jest narzędziem. Jest partnerem procesu

W tej pracy trzeba pamiętać o jeszcze jednej rzeczy. Koń nie jest rekwizytem do rozwoju człowieka. Nie jest „narzędziem coachingowym”, które można dowolnie wykorzystywać do ludzkich odkryć. Jest żywą, czującą istotą, której komfort, spokój i granice są tak samo ważne jak proces uczestników.

Dobry proces z końmi wymaga uważności nie tylko na ludzi, ale również na konia. Na jego napięcie, zmęczenie, gotowość do kontaktu, sygnały ciała, oddech, mimikę, ustawienie uszu, ruch ogona, chęć odejścia albo potrzebę przestrzeni.

Jeśli mówimy o relacji, nie możemy pomijać relacji z koniem.

To nie byłoby uczciwe.

Koń ma prawo nie chcieć kontaktu. Ma prawo pokazać dyskomfort. Ma prawo potrzebować przerwy. Ma prawo zostać wysłuchany. Właśnie dlatego praca Horse Assisted Education powinna być prowadzona z szacunkiem do dobrostanu konia, a nie w atmosferze „zróbmy ćwiczenie za wszelką cenę”.

Człowiek uczy się relacji nie tylko przez to, co koń pokazuje o nim samym. Uczy się także przez to, czy potrafi zobaczyć konia jako podmiot, a nie narzędzie.

Co zostaje po takim spotkaniu?

Najważniejsze często zaczyna się później. Doświadczenie z koniem nie kończy się w momencie, kiedy ćwiczenie się kończy. Ono pracuje dalej. Wraca w zwykłej rozmowie, w sytuacji napięcia, w codziennej decyzji, która nagle odsłania stary schemat.

Ktoś zaczyna zauważać moment, w którym przejmuje za dużo. Ktoś inny widzi, że wycofuje się, zanim jeszcze pojawi się realny nacisk. Ktoś rozpoznaje, że mówi jedno, ale jego ciało wysyła coś zupełnie innego.

Ktoś pierwszy raz dostrzega, że jego „spokój” bywa brakiem decyzji, a czyjaś „zaradność” może być samotnym dźwiganiem odpowiedzialności za oboje.

To są ciche odkrycia. Nie zawsze spektakularne. Czasem pojawiają się dopiero po kilku dniach, kiedy człowiek w zwykłej sytuacji nagle myśli: „To było dokładnie to samo, co przy koniu”.

I wtedy zaczyna się prawdziwa wartość tej pracy.

Nie w samym przeżyciu. W tym, co człowiek z nim zrobi.

Koń pokazuje relację taką, jaka jest

Może właśnie dlatego praca z końmi w obszarze relacji jest tak poruszająca. Nie narzuca gotowych rozwiązań. Nie ustawia ludzi według jednego wzorca. Nie mówi, kto ma prowadzić, kto ma podążać, kto powinien się zmienić, a kto ma rację.

Pozwala zobaczyć.

A kiedy coś zostaje zobaczone naprawdę, trudno wrócić do pełnej nieświadomości.

Koń nie reaguje na to, co para o sobie myśli. Nie reaguje na to, jak bardzo chcą, żeby było dobrze. Nie reaguje na deklaracje, plany, usprawiedliwienia ani piękne słowa.

Reaguje na to, co jest między nimi w tej jednej chwili.

I to często wystarczy, żeby zacząć najważniejszą rozmowę.

Nie tę o tym, kto zawinił. Nie tę, która od lat krąży wokół tych samych argumentów.

Tę prostszą, trudniejszą i bardziej uczciwą:

co naprawdę robimy razem, kiedy przestajemy odgrywać role?

Bo koń nie uczy relacji. Koń pokazuje ją taką, jaka jest. I właśnie w tym miejscu może zacząć się zmiana.

O autorce

Ksenia Samsel — trenerka jeździectwa, sędzia Polskiego Związku Jeździeckiego, sędzia Working Equitation, fizjoterapeutka koni, coach oraz facylitatorka szkoleń Horse Assisted Education. Współtworzy Klub Jeździecki Huzar, gdzie od lat pracuje z końmi, jeźdźcami, dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, łącząc praktykę trenerską z wiedzą o biomechanice, dobrostanie koni, psychologii sportu i komunikacji człowiek–koń.

W swojej pracy patrzy na jeździectwo szeroko: przez pryzmat przepisów, techniki, ciała konia, emocji jeźdźca, procesu uczenia i odpowiedzialności człowieka. Prowadzi szkolenia, przygotowuje zawodników do startów i odznak PZJ, organizuje obozy, zgrupowania oraz wydarzenia edukacyjne. Pracuje również z ludźmi w obszarze coachingu, hipnozy i hipnoterapii, wspierając zmianę, koncentrację, pracę z emocjami i budowanie większej sprawczości.

Pisze o koniach bez lukru i bez uproszczeń — z perspektywy osoby, która zna czworobok, rozprężalnię, stajnię, zawody, szkolenia, pracę z ciałem konia i pracę z człowiekiem od środka.

„`

Wiedza i doświadczenie

Dzielę się wiedzą opartą na praktyce pracy z końmi i ludźmi.