Leadership • Horse Assisted Education • coaching z końmi • przywództwo
„`Dlaczego koń obnaża fałszywy leadership. O przywództwie, którego nie da się odegrać
O przywództwie można mówić pięknie, długo i przekonująco. Można znać modele, definicje, narzędzia i język współczesnego leadershipu. Ale przy koniu bardzo szybko okazuje się, czy za słowami stoi prawdziwa obecność, spójność i czytelny wpływ.
„`Koń nie reaguje na stanowisko, tytuł ani opowieść o tym, jakim ktoś jest liderem. Reaguje na ciało, oddech, napięcie, kierunek, decyzję i spójność. Dlatego tak trudno odegrać przy nim leadership, którego naprawdę nie ma w człowieku.
Są ludzie, którzy o przywództwie potrafią mówić naprawdę pięknie. Używają właściwych słów, trafiają w modne pojęcia, swobodnie poruszają się po obszarach komunikacji, zaufania, relacyjności, wpływu i odpowiedzialności. Ich zdania są logiczne, brzmią przekonująco, dobrze układają się w całość. Na sali szkoleniowej wszystko się zgadza. Słuchasz ich i masz wrażenie, że oto stoi przed tobą ktoś, kto nie tylko rozumie leadership, ale wręcz ma go w małym palcu.
W świecie ludzi to działa zaskakująco długo.
Ludzie słuchają, interpretują, dopowiadają sobie sensy, czasem wręcz pomagają drugiej stronie utrzymać spójny obraz. Jeśli ktoś mówi płynnie, używa właściwego języka i robi to z odpowiednią pewnością, bardzo łatwo uznać, że za tym językiem stoi równie dojrzała obecność.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, kiedy taki człowiek staje obok konia.
Bo koń nie uczestniczy w tej samej grze.
I nie chodzi o to, że „wie więcej”, jak lubią mówić ci, którzy potrzebują odrobiny mistyki. Chodzi o coś znacznie prostszego, a przez to bardziej bezlitosnego. Koń nie reaguje na narrację. Nie reaguje na stanowisko. Nie interesuje go to, kim jesteś w strukturze organizacyjnej, ile lat pracujesz, ilu ludzi masz pod sobą ani jak dobrze opanowałeś język współczesnego przywództwa.
Koń reaguje na to, co dostaje od ciebie tu i teraz.
Na napięcie w ciele. Na oddech. Na kierunek. Na spójność albo jej brak. Na decyzję, która jest prawdziwa, albo na decyzję, która istnieje tylko w głowie. Na pewność, która jest osadzona w człowieku, albo na pewność wyprodukowaną po to, żeby dobrze wyglądać.
Koń nie reaguje na rolę. Reaguje na człowieka
W jednym z artykułów opisujących wykorzystanie koni w pracy z liderami pojawia się myśl, którą bardzo lubię za jej prostotę: koń nie reaguje na to, kim jesteś na papierze, ale na to, kim jesteś w danym momencie. Jest w tym coś rozbrajającego. Człowiek najpierw kiwa głową, bo brzmi to niemal oczywiście, a dopiero chwilę później orientuje się, jakie to właściwie trudne.
Bo w codziennym życiu bardzo często chroni nas rola.
Rola lidera. Rola osoby kompetentnej. Rola tego, który wie. Rola tej, która ogarnia. Rola człowieka spokojnego, decyzyjnego, odpowiedzialnego, relacyjnego, otwartego na feedback. Role są potrzebne, bo porządkują życie społeczne i zawodowe. Problem zaczyna się wtedy, kiedy rola zaczyna zastępować obecność.
Przy koniu to bardzo szybko wychodzi.
Z doświadczenia pracy z końmi wiem, że pewien moment powtarza się niemal zawsze. Ktoś dostaje zadanie. Niby zwyczajne, czasem wręcz banalne: podejść do konia, nawiązać kontakt, poprosić o ruch, przeprowadzić go z punktu A do punktu B. Z boku wygląda to tak prosto, że aż trudno uwierzyć, ile może ujawnić.
I wtedy człowiek robi to, co zna najlepiej. Prostuje sylwetkę, wzmacnia sygnał, stara się być bardziej czytelny, bardziej konkretny, bardziej „liderowy”. Czasem dokłada do tego spokój — nie ten prawdziwy, osadzony w ciele, ale spokój wybrany głową, trochę zrobiony, trochę pokazany na zewnątrz.
Koń się zatrzymuje.
Człowiek próbuje mocniej. Koń odchodzi. Pojawia się jeszcze więcej wysiłku, jeszcze większa potrzeba, żeby „zadziałało”. Koń zamyka się, wycofuje albo po prostu przestaje odpowiadać.
A potem przychodzi coś, czego nikt nie planował.
Zatrzymanie. Cisza. Moment, w którym kończy się działanie, a zaczyna prawda.
To nie jest test z techniki prowadzenia konia
Największy kłopot polega na tym, że my, ludzie, bardzo lubimy opisywać takie chwile w kategoriach umiejętności. Jakby problem polegał na tym, że ktoś nie wie, jak poprowadzić konia. Oczywiście, technika ma znaczenie. Sposób ustawienia ciała, bezpieczeństwo, dystans, czytelność sygnału — to wszystko jest ważne.
Ale bardzo często w tej pracy nie chodzi o samą technikę.
Chodzi o brak zgodności między tym, co człowiek robi, a tym, w jakim naprawdę jest stanie. Między słowem a ciałem. Między rolą lidera a realną obecnością. Między intencją, którą człowiek chciałby wysłać, a tym, co faktycznie komunikuje napięciem, oddechem i ruchem.
W relacjach międzyludzkich to często przechodzi. Świat społeczny jest pełen miękkich filtrów, grzecznościowych dopowiedzeń i życzliwych korekt. Ktoś udaje, że nie zauważył napięcia. Ktoś dopowiada dobrą intencję. Ktoś podąża, bo tak wypada. Ktoś współpracuje nie dlatego, że naprawdę ufa, ale dlatego, że taka jest struktura, stanowisko albo zależność służbowa.
Koń tych filtrów nie ma.
Nie wygładza przekazu. Nie współpracuje z uprzejmości. Nie podąża dlatego, że mamy tytuł, funkcję albo odpowiedni język. Nie daje nam tej luksusowej możliwości, żebyśmy byli inni, niż jesteśmy.
Właśnie dlatego konie tak często obnażają fałszywy leadership. Nie dlatego, że chcą cokolwiek obnażać. Po prostu odpowiadają na rzeczywistość, a nie na deklarację.
Dobra praca nie polega na zawstydzaniu lidera
Warto to powiedzieć bardzo jasno: w pracy z końmi nie chodzi o to, żeby człowieka zawstydzić. Dobre warsztaty rozwojowe nie polegają na tym, że koń „demaskuje” lidera, a grupa patrzy, jak ktoś traci kontrolę nad własnym wizerunkiem.
To byłoby płytkie i nieuczciwe.
Sens tej pracy jest znacznie subtelniejszy. Chodzi o stworzenie sytuacji, w której człowiek może zobaczyć różnicę między tym, co komunikuje o sobie, a tym, co naprawdę wysyła ciałem, napięciem, oddechem i sposobem działania.
Koń nie jest sędzią. Nie ocenia charakteru. Nie wystawia noty za leadership. Nie mówi: „jesteś dobrym liderem” albo „jesteś złym liderem”. Reaguje na konkretny stan i konkretną jakość obecności.
Dopiero człowiek — z pomocą facylitatora — może zadać sobie pytanie: co właściwie się wydarzyło? Czy byłem obecny? Czy mój spokój był prawdziwy? Czy decyzja była czytelna? Czy próbowałem prowadzić, czy raczej kontrolować? Czy chciałem nawiązać kontakt, czy osiągnąć efekt? Czy koń odpowiedział na mnie, czy na napięcie, które niosłem?
To są pytania, których nie zadaje się po to, żeby kogoś złamać.
Zadaje się je po to, żeby człowiek mógł zobaczyć siebie bez warstwy autoprezentacji.
Wiedza nie zawsze sięga tam, gdzie zaczyna się sposób bycia
Badania nad Equine Assisted Learning coraz częściej opisują to zjawisko nie w języku magii, ale doświadczenia, zachowania i zmiany percepcji. W programach leadershipowych opartych o pracę z końmi uczestnicy często nie mówią wyłącznie o tym, że nauczyli się „lepiej prowadzić konia”. Mówią o czymś dużo bardziej niewygodnym i znacznie cenniejszym: zaczynają zauważać swoje napięcie, rozpoznawać wpływ, jaki wywierają na innych, inaczej widzieć własne reakcje w stresie i lepiej rozumieć, co dzieje się w ich relacjach zawodowych.
To nie kończy się na samej sesji. Takie doświadczenie potrafi wracać później — w pracy z zespołem, podczas rozmowy z pracownikiem, w sytuacji konfliktu, przy podejmowaniu decyzji albo wtedy, gdy lider znów próbuje kontrolować więcej, niż powinien.
I być może właśnie w tym miejscu trzeba powiedzieć coś, co w świecie rozwoju osobistego brzmi niemal jak herezja: wiedza naprawdę nie zmienia tak dużo, jak chcielibyśmy wierzyć.
Wiedza porządkuje. Nazywa. Daje poczucie orientacji. Pozwala zrozumieć modele, procesy i mechanizmy. Jest potrzebna, ale nie zawsze sięga tam, gdzie rodzi się sposób bycia.
W klasycznym podejściu do rozwoju liderów dominuje logika poznawcza: najpierw teoria, potem przykład, później ćwiczenie, a na końcu próba zastosowania. Przy koniach ten porządek odwraca się całkowicie. Najpierw jest doświadczenie. Potem reakcja. Dopiero później refleksja, nazwanie i rozumienie.
To właśnie uczenie przez doświadczenie. Człowiek nie tylko uczy się czegoś o sobie. Człowiek siebie widzi.
A tego, co się raz zobaczyło naprawdę, bardzo trudno już później nie widzieć.
„Przecież ja robię dokładnie to, co trzeba”
W praktyce wraca do mnie wciąż jedno zdanie, wypowiadane przez ludzi z lekkim niedowierzaniem, czasem wręcz z oburzeniem:
„Przecież ja robię dokładnie to, co trzeba”.
I najczęściej to jest prawda.
Tyle że koń nie reaguje na to, co „trzeba”. Reaguje na to, co jest.
A wtedy nagle okazuje się, że pod spokojem kryje się napięcie. Pod pewnością — niepewność. Pod kontrolą — brak zaufania. Pod zdecydowaniem — pośpiech. Pod uśmiechem — chęć rozbrojenia własnego dyskomfortu. Pod relacyjnością — potrzeba bycia dobrze odebranym.
Nikt nie musi tego mówić. To po prostu staje się widoczne.
Najtrudniejsze w tej pracy wcale nie jest zadanie. Najtrudniejsze jest to, że nie ma się gdzie schować. Nie można dobrze wypaść samym słowem. Nie można wytłumaczyć sytuacji tak, żeby koń uznał wyjaśnienie. Nie można przekonać go, że przecież „intencja była dobra”.
Koń nie ocenia, ale też nie daje tej drobnej ludzkiej taryfy ulgowej, którą tak dobrze znamy z codziennych relacji.
Reaguje.
I to wystarczy, żeby człowiek zobaczył więcej, niż czasem chciałby zobaczyć.
Prawdziwy leadership nie zaczyna się od dominacji
Być może właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy leadership. Nie w chwili działania, nie w momencie wydania decyzji, nie w sprawnym zarządzaniu sytuacją, ale wcześniej. Na poziomie regulacji, obecności i spójności.
Prawdziwe przywództwo przy koniu nie zaczyna się od dominacji. Nie polega na byciu większym, mocniejszym, bardziej stanowczym ani bardziej „przywódczym” w zewnętrznym sensie. Zaczyna się od własnego ciała. Od spokojnej decyzji. Od czytelnego kierunku. Od takiej obecności, przy której druga istota może poczuć, że warto pójść za człowiekiem, bo nie ma w nim chaosu.
To bardzo dużo mówi o leadershipie także poza stajnią.
Lider, który nie umie regulować siebie, będzie regulował innych przez presję. Lider, który nie ufa, będzie nazywał kontrolę odpowiedzialnością. Lider, który boi się utraty wpływu, będzie mylił stanowczość z napięciem. Lider, który nie czuje własnego ciała, często nie zauważy, jak jego obecność wpływa na zespół.
Można znać wszystkie modele. Można przeczytać wszystkie książki. Można godzinami mówić o przywództwie i robić to naprawdę dobrze. Ale dopiero w sytuacji, w której ktoś lub coś nie musi się do nas dostosować, widać naprawdę, jak działamy.
Koń jest jedną z niewielu istot, które nie wchodzą w relację z obowiązku. Nie dopasowuje się społecznie. Nie udaje współpracy tylko po to, żeby utrzymać sytuację w ryzach. Nie podąża za człowiekiem dlatego, że człowiek ma stanowisko.
I właśnie dlatego potrafi pokazać coś, czego bardzo często nie widać między ludźmi.
Leadership, którego nie da się odegrać
Fałszywy leadership nie zawsze jest świadomym oszustwem. Częściej bywa warstwą ochronną, rolą, dobrze wyćwiczonym sposobem funkcjonowania. Człowiek nauczył się mówić językiem lidera, podejmować decyzje, robić wrażenie spokoju, utrzymywać kontrolę, używać właściwych pojęć. W wielu środowiskach to wystarcza na długo.
Przy koniu przestaje wystarczać.
Bo koń nie słucha prezentacji o przywództwie. Nie analizuje naszego stanowiska. Nie interesuje go wizerunek, który tak starannie budujemy. Reaguje na człowieka w realnym kontakcie.
I może dlatego pytanie nie brzmi: czy koń uczy leadershipu?
Może ważniejsze pytanie brzmi: co dzieje się z człowiekiem, kiedy przestaje móc ukrywać się za rolą lidera?
Ta odpowiedź bywa niewygodna. Ale właśnie dlatego jest cenna.
Bo dotyczy nie tylko pracy z końmi, ale całego naszego życia między ludźmi. Tego, jak prowadzimy. Jak wpływamy. Jak kontrolujemy. Jak słuchamy. Jak uciekamy w język, kiedy brakuje nam obecności.
Koń nie obnaża fałszywego leadershipu po to, żeby człowieka zawstydzić.
Pokazuje go dlatego, że nie umie udawać, że go nie widzi. I czasem właśnie od tego zaczyna się prawdziwe przywództwo — nie od kolejnego modelu, ale od chwili, w której człowiek przestaje grać lidera i zaczyna naprawdę być obecny.
Źródła i inspiracje
Shaheena Janjuha-Jivraj, Unleashing The Power Of Horses For Leadership, Forbes, 2024.
Artykuł w czasopiśmie Frontiers in Veterinary Science dotyczący Equine Assisted Learning i doświadczeń uczestników programów rozwojowych z udziałem koni.
Materiały dotyczące Equine Assisted Experiential Learning oraz uczenia przez doświadczenie jako podejścia wykorzystywanego w rozwoju osobistym i leadershipowym.
O autorce
Ksenia Samsel — trenerka jeździectwa, sędzia Polskiego Związku Jeździeckiego, sędzia Working Equitation, fizjoterapeutka koni, coach oraz facylitatorka szkoleń Horse Assisted Education. Współtworzy Klub Jeździecki Huzar, gdzie od lat pracuje z końmi, jeźdźcami, dziećmi, młodzieżą i dorosłymi, łącząc praktykę trenerską z wiedzą o biomechanice, dobrostanie koni, psychologii sportu i komunikacji człowiek–koń.
W swojej pracy patrzy na jeździectwo szeroko: przez pryzmat przepisów, techniki, ciała konia, emocji jeźdźca, procesu uczenia i odpowiedzialności człowieka. Prowadzi szkolenia, przygotowuje zawodników do startów i odznak PZJ, organizuje obozy, zgrupowania oraz wydarzenia edukacyjne. Pracuje również z ludźmi w obszarze coachingu, hipnozy i hipnoterapii, wspierając zmianę, koncentrację, pracę z emocjami i budowanie większej sprawczości.
Pisze o koniach bez lukru i bez uproszczeń — z perspektywy osoby, która zna czworobok, rozprężalnię, stajnię, zawody, szkolenia, pracę z ciałem konia i pracę z człowiekiem od środka.


